Łabędzie krzykliwe
Cholera, czy to był trzask?
Rozpłaszczona, leżałam przy brzegu. No bo przecież perspektywa musi być porządna, nie ma półśrodków. Ale nie to było ważne, nie tyle trzaski i perspektywy, co jasne kontury dwóch ptaków, które przy dźwięku migawki światło namalowało na fotografii. Cygnus cygnus, łabędź krzykliwy.
Uwielbiam ten moment w dzikich wyprawach, kiedy po tysiąc dwudziestym dziewiątym, uroczym kowaliku, pięćdziesiątej szóstej czubatce czy sto ósmej, zgrabnej czapli siwej, nagle pojawia się ten pierwszy. Tamtego dnia pierwszy raz obserwowałam dzikie łabędzie krzykliwe.
Dokoła trwała ciepła cisza, przerywana zewem gęgaw czy wołaniem łabędzi właśnie.
Wypełniało mnie to specyficzne odczucie, które pojawia się zawsze, gdy w piękny dzień stoję przed jakimś niezwykłym stworzeniem, w rękach ciąży mi pięćseta, a obok jest przyjaciel po pasji.
Gdybym miała napisać książkę, taki mógłby być jej wstęp. 354 kilometry od domu stoję nad brzegiem ogromnego stawu, lód lśni w słońcu, razem z towarzyszem wyprawy, który choćby w tych czterech procentach jest tak samo zakręcony. Patrzę na smukłych wędrowców z północy. A potem modlę się, by lód nie trzaskał. Przygoda się zaczyna.
Coldplay - Adventure of a lifetime
A wy mieliście już w tym roku jakieś dzikie przygody?;)
***
Dokumentacyjnie i minimalistycznie. Lubię minimalizm w fotografii. Mocno zainspirowały mnie prace Thomasa Vijayana.



