Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZOO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZOO. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

25. ZOO Brno - co warto zobaczyć?


Niedługo po raz kolejny wybieram się do Brna! Będzie to już moja druga wizyta w stolicy Moraw; wracam tam po trzech latach. Moim ówczesnym celem było sfotografowanie kota arabskiego, rysia kanadyjskiego oraz Dandysa - tygrysa sumatrzańskiego z Warszawy, którego znałam od kociaka. Brno, razem z Ostrawą, Pragą i Ołomuńcem, były pierwszymi europejskimi ogrodami spoza granic Polski, które zwiedziłam. I właśnie ta wyprawa zapoczątkowała tradycyjne, coroczne ogrodowe wycieczki po Europie. Dzisiaj będzie tematycznie, pozwolę sobie oprowadzić Was (i siebie przy okazji też z racji zbliżającego się wyjazdu) ścieżkami zoo w Brnie. Zapraszam!


Jak pomyślę o brneńskim zoo, przed oczami pojawia mi się obraz imponującego kompleksu Beringia, dedykowanemu przede wszystkim niedźwiedziom kamczackim i rosomakom oraz naprawdę ciekawej kolekcji zwierząt z Ameryki Północnej (tak swoją drogą, nie lubię słowa kolekcja, ale cóż, powiedzmy, że ma praktyczne zastosowanie).
W ciągu ostatnich paru lat zoo mocno się sprężyło i odmieniło nieco swoje oblicze.
To miejsce kontrastów; wspaniałe wybiegi dla niedźwiedzi a obok stare, małe klatki, w których mieszkały między innymi jaguarundi czy binturongi (takie łasze-niedźwiedzie).
Ostatnią większą inwestycją jest wybieg dla lwów i powrót tego gatunku do Brna po ponad 10 latach nieobecności. Zoo ma oczywiście więcej planów na najbliższą przyszłość, które wyglądają dość intrygująco, ale o tym będzie później. Najpierw przyjrzyjmy się Brnu dzisiejszemu.

Satu, tygrysica sumatrzańska, słynąca z odrzucania każdego adoratora

Rarytasy 
Powiedzmy sobie szczerze, że gdybym musiała wybierać: Brno a Ostrawa tudzież Zlin, to brałabym Zlin i Ostrawę. Trudno byłoby mi wybrać między Ołomuńcem a Brnem, bo pierwsze ma lamparty amurskie i koty Gordona, a drugie lamparty cejlońskie i rysie kanadyjskie, bo pod względem poziomu są to już zoo bardziej z jednej ligi.
Ja wiem, wiem, zaczęłam bardzo pozytywnie... A przecież Brno ma się czym pochwalić! Jeśli wybierasz się do Brna, to ze ssaków definitywnie warto zwrócić uwagę na pekari białobrode, skalniaki żółtonogie i rysie kanadyjskie właśnie, bo będzie trudno spotkać je gdzie indziej w Europie.

Pekari białobrode

Oprócz tego ciekawymi przedstawicielami są wspomniane niedźwiedzie kamczackie (robią piorunujące wrażenie!), bobry kanadyjskie (niby bobry... ale jednak kanadyjskie), wapiti ałtajskie, dziwacznie i tajemniczo wyglądające koendu, subtelniejsze wersje jeżozwierza - jeżatki afrykańskie czy największe nietoperze Afryki kontynentalnej Eidolon helvum.

Na pewno będę chciała sfocić dżelady, a potem porównam je sobie od razu z pawianami oliwkowymi.
No i trzeba przyznać, fani specyficznej fauny Australii też będą zadowoleni, bo oprócz wspomnianych skalniaków (od których swoją drogą nie odgraniczają Cię żadne siatki, kraty czy płotki, bo wybieg jest przechodni), w zoo mieszkają walabie błotne (podobne trochę do bardzo popularnych walabii Benetta) oraz kanguroszczury i poturu (niepodobne raczej do walabii Benetta).

Niesamowicie obserwuje się zwierzaki, kiedy nie dzieli nas żadne ogrodzenie. 
Kangury skalne na swoim przechodnim wybiegu.

Jeśli chodzi o ptaki, to już nie będzie szaleństwa. Z gatunków na ekspozycji jednym z ciekawszych i rzadszych (12 placówek w Europie, z czego 2 w Czechach prezentujących ten gatunek) jest hałaśnik kreskowany. Jest on na mojej liście "must see" i mam nadzieję, że uzupełnię ten wpis o jego fotografię.

Nie pomyślałabym, że ciekawiej może być wśród gadów, ale... tutaj mocno się zaskoczyłam! Największym zmiennocieplnym rarytasem jest żółw pajęczynowy z podgatunku brygooi - Brno jest jednym z trzech ogrodów w Europie, w których go zobaczymy. Ogólnie dość ciekawie reprezentowane są jaszczurki (np. jadowita heloderma meksykańska z podgatunku nominatywnego horridum - tylko dwa ogrody w Europie!, czy Celestus warreni, czyli ekstrawagancka jaszczurka blisko spokrewniona z naszym padalcem).
A gdyby ktoś chciał zobaczyć gada i mieć efekt wow, to polecam warany z Komodo, które coraz częściej pojawiają się w europejskich ogrodach i są także w Brnie.

Oko w oko ze smokiem!

Ekspozycje
<Tę część pozwolę sobie uzupełnić po wycieczce, by mieć świeży ogląd oraz zdjęcia>

Przyszłość
Zoo ma konkretny ogląd na najbliższe lata. Obecnie planuje się: wybieg szympansów, kompleks Himalaj, (który ma nie tylko stanowić dom dla zwierząt kojarzących się z Himalajami, jak takiny czy irbisy, ale również bliżej zapoznawać np. z buddyjską kulturą; co swoją drogą jest typowe dla Brna, bo podobnie kulturowo edukacyjne jest także np. kompleks Beringia), pawilon manatów, ekspozycja piżmowołówkompleks Arktida (w których motywem przewodnim będą niedźwiedzie polarne oraz foki; tutaj proszę bardzo, wizualizacja) i nowe wejście główne.

Panda mała na obecnym wybiegu. 
W przyszłości zamieszka w kompleksie himalajskim.


Informacje w skrócie
Jako że jestem leniwym człowiekiem i lubię mieć wszystko w jednym miejscu, to wrzucam tutaj spis podstawowych info o zoo, który przyda mi się na najbliższy wyjazd. Praktyczne i mniej praktyczne.
Powierzchnia: 65ha (sporo chodzenia)
Rok założenia: 1953 (chociaż pierwsze wzmianki o zoo już w 1935 roku)
Dla kwietnia
- godziny otwarcia: 9.00-18.00 (kwiecień-wrzesień)
- ceny biletów: 120CZK (90CZK dla studentów; cóż, stare, dobre czasy...)

Dojazd z Dworca Głównego do zoo jest prosty i trwa około półgodziny. 
Najlepiej wybrać bezpośrednią tramwajową 1 (kierunek Ečerova); wsiąść na przystanku Hlavní nádraží (czyli Dworzec główny) i wysiąść na Zoologická zahrada. 
To będzie chyba mój najprostszy dojazd z dworca do zoo podczas całej tygodniowej wyprawy 
i 3 ogrodów. 


Wybrane ostatnie wydarzenia

1. Pierwsze w historii Brna narodziny margaja - 21. lutego 2018 roku. Mam ogromną nadzieję na spotkanie z kociakiem w kwietniu. Margaj!

2. Pierwsze od 17 lat narodziny lampartów cejlońskich (*listopad 2017). 24. marca zostały "ochrzczone" jako Aruni i Ashanga.

3. Narodziny dwóch młodych lwów angolskich 29 grudnia 2017 roku.

4. A oprócz tego narodziny zebry Grevy'ego (połowa stycznia) oraz bliźniaków tamaryn złotorękich (luty) uraz wyklucie jednego brodala czerwonouchego (kolorowy, wyglądający trochę jak sztuczne ptaszki wielkanocne wąsal; styczeń) oraz pary nierozłączek rudogłowych (luty).

***
Źródła
Zootierliste.de
Strona www ogrodu
Strona wiki zoo brneńskiego

***
Dzisiaj ogrodowo. Cóż, jestem freakiem. A Wy byliście kiedyś w Brnie? Macie jakieś refleksje odnośnie miasta i/lub ogrodu?;)

niedziela, 25 marca 2018

23. Brneńskie manule


Lord Huron - Fool for love
Manul to jeden z najbardziej ekstrawaganckich przedstawicieli rodziny kotów. Małe uszy osadzone na okrągłym pyszczku i do tego schowane w puchatym, imponująco gęstym futerku. Kocie ruchy nabierają tutaj zupełnie nowego znaczenia; najbardziej dosadnie opisałabym manula jako futerkowego serdelka, mającego władzę nad czasem, którą wykorzystuje niebezpiecznie często. Wyobraźcie sobie naprzemienne a to zastyganie w kompletnym bezruchu, a to zamiatanie łapkami z prędkością ponaddźwiękową. Manul to niekwestionowany mistrz w nagłym zmienianiu biegów. Przydaje mu się to w jego ekstremalnym, górskim środowisku. Raz musisz wyglądać jak skała, by nic Cię nie zeżarło, by zaraz potem wyprowadzić nagły i szybki atak, by zeżreć zwierzątko obok.


Manul nie jest specjalnie pospolity w ogrodach zoologicznych Europy. Według Zootierliste można zobaczyć go raptem w około 38 zoo! (dla porównania: jaguar w 111)
Ja swojego pierwszego spotkałam w rodzinnej Warszawie. Przed laty zoo odnosiło sukcesy w hodowli manuli. Pamiętam jak na dawnym wernisażu wystawy fotograficznej (albo 2006 albo 2007 rok) chwaliło się odchowaniem piątki kociaków.
No ale kociaki kociakami, od tamtego czasu musiało minąć 10 lat, żebym mogła wstać rano, spojrzeć w lustro i z uśmiechem powiedzieć: mam wreszcie fotografie manula, które nie są impresją! Moje marzenie spełniła kotka z Brna.


Będąc w Brnie nastawiałam się głównie na focenie rysi kanadyjskich i kotów arabskich. Oczywiście, jak można się domyślić, za dużo z tego nie wyszło. Ale właśnie to jest najpiękniejsze - kiedy podchodzisz do jakiejś randomowej ekspozycji i nagle olśniewa Cię myśl "kurde, to będą jedne z TYCH zdjęć w życiu!".
Woliera manuli położona była w zacisznym, zacienionym miejscu (czytaj: godzinę-dwie później powróciłyby manulowe impresje w fotografii). Piękna, puchata kicia siedziała sobie nisko na drzewie i robiła to, co większość kotów lubi robić najbardziej - obserwowała wszystko ze swojej kryjówki na wysokości. Wizualnie od razu uderzył mnie paradoks rozczochranej, ale ułożonej sierści i oczu zielonych jak liście wokół nich.
Oczywiście, jak na wspomnianego typowego kota przystało, wkrótce kici znudziło się siedzenie na drzewie i chwilę później wylądowała na ziemi. Wiecie co jest jeszcze urocze w manulach? Ich gruby, prążkowany ogon oraz kontrastowe (!) miedziane podeszwy łapek, świecące rudością podczas truchtania.
Pani Manula zrobiła piękną prezentację typowych manulowych cech, a potem ustawiła się już do artystycznych portretów. No serio, nie koloryzuję! I pomyśleć, że wiele ogrodów nie chce trzymać małych kotów, bo są nieatrakcyjne. W istocie, to był pierwszy manul, który okazał się nie być totalnym introwertykiem, ale i tak uważam, że przy odpowiedniej aranżacji wybiegu szłoby stworzyć cuda. Jednak to już dygresja. Spotkanie z manulem w Brnie skończyło się niestety atakiem paniki i nerwicy natręctw, bo od strzelania foć jak z karabinu maszynowego poszła migawka. Ale było warto.

Jak Wam się podoba manul? A może mieliście szczęście zobaczyć go na żywo?;)


***
Lord Huron i jego Fool for love jakoś mi bardzo pasują linią melodyczną. No i miłość do niedostępnych małych kotów... Pasuje idealnie.
Przed moim czeskim tripem zapraszam na więcej postów o Brnie, Pradze i Dvur Kralove!:) Teraz chyba zdecyduję się na skupieniu przede wszystkim na pierwszym.
Aha i trwa remont menu, więc różne rzeczy mogą dziwnie wyglądać, prowadzić do innego wymiaru lub nie prowadzić nigdzie. Wkrótce totalne odświeżenie:)!

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

18. Krótka podróż po pasach


Dwudziestego dziewiątego lipca obchodzony jest na świecie Dzień Tygrysa. Z tej okazji mała, pręgowana fotograficzna podróż.

^Tengah, tygrys sumatrzański (Wrocław, 2015)

Tengah i Nuri to para wrocławskich tygrysów sumatrzańskich (najmniejszych ze wszystkich tygrysów). W Polsce jeszcze tylko Warszawa prowadzi hodowlę tego podgatunku, zaś w niewoli ogólnie - żyje około dwustu sześćdziesięciu zwierząt. Na wolności niewiele więcej, bo koło pięciuset. Dlatego każdy kot jest na wagę złota.
Kiedy odwiedzałam Wrocław w dwa tysiące piętnastym roku, w zoo mieszkali bracia - Tebo i Tengah. Mimo samotniczego trybu życia, tygrysy całkiem dobrze dogadują się ze swoimi pobratymcami. Dzisiaj miejsce Tebo zajęła ciekawa świata i wesoła Nuri.

^Tiber, tygrys amurski (Pilzno, 2016)

Tiber to reprezentant największych, dzikich kotów świata - tygrysów syberyjskich vel. amurskich. Te potężnie zbudowane drapieżniki osiągają wagę nawet ponad 350 kilogramów. Jeśli chcecie wiedzieć, co to znaczy, poczekajcie, aż w jakimś zoo taki zwierzak przebiegnie sobie obok szyby - na długo zapamiętacie dudnienie ziemi. Tiber urodził się w czeskim Dvur Kralove (gdzie obecnie nie ma już tygrysów), a gdy dorósł, odbył niedługą podróż do swojego nowego domu w Pilźnie.
Tygrysy amurskie są najczęściej spotykanym podgatunkiem w europejskich zoo.

^Banya, tygrysica malajska (Praga, 2016)

Banya to wyjątkowa z wielu względów mieszkanka zoo w Pradze. Przede wszystkim jest przedstawicielką najrzadszego* podgatunku w europejskich ogrodach zoologicznych - Panthera tigris jacksoni.


*W berlińskim zoo tygrysy malajskie są czasem identyfikowane jako indochińskie. Jeśli jednak pozostać przy opcji "tygrys indochiński", tytuł najrzadszego podgatunku przechodzi w łapki kotów z Berlina.
***
Dzisiaj króciutko. Jako funfact na koniec: wiecie, że w Europie nie spotkacie najpopularniejszego z podgatunków Panthera tigris - tygrysa bengalskiego?

niedziela, 20 marca 2016

16. Małe jest... rude. Ostrawskie „kolibry”

Drobny kot przysiadł na gałęzi. Zbliżałam się bardzo powoli, nie do końca jeszcze wierząc w to, co właśnie zobaczyłam i irracjonalnie obawiając się, że każdy mój ruch może raz na zawsze spłoszyć drapieżcę. Ale marzenie się spełniło  stanęłam oko w oko z najmniejszym kotem Azji.

Tymczasem on po chwili z kulki futerka zmienił się w eleganckiego mistrza wspinaczki nadrzewnej. To niesamowite, ile sprzeczności łączy w sobie kot rdzawy (Prionailurus rubiginosus), jak choćby filigranowy wygląd z potęgą mięśni. Najwyraźniej widać to na zdjęciach  tych, z zamrożonym ruchem; na żywo te malutkie stworzenia są zbyt szybkie, zwrotne i zwinne, by ludzkie oko mogło wyłapać takie szczegóły; dopiero na zdjęciu widać potęgę pracy mięśni.

^Potężny (na swój sposób) kocur

Kot rdzawy to urodzony wspinacz. Wielu przedstawicieli rodziny Felidae potrafi wdrapywać się na drzewa, lecz ten gatunek należy do ścisłej ligi zawodowców.
Czasem bywa nazywany „kolibrem z rodziny kotowatych”; im dłużej nad tym myślę, tym bardziej wydaje mi się trafne porównanie najmniejszego „felida”* z najmniejszym ptakiem świata – rozmiary, żywotność, zwinność (i piękność przy okazji) – paradoksalnie owe cechy mocno łączą tę dwójkę ze sobą. Ogromna zwinność idąca w duecie z kosmiczną szybkością kotów rdzawych (a w zasadzie większości przedstawicieli podrodziny Felinae*), to nie lada problem dla fotografa, szczególnie niewprawionego w ostrzeniu (jak ja - serio, wyszło mi tylko to jedno ujęcie wyżej), ale jednocześnie uczta dla oczu obserwatora. Dwa dorosłe osobniki (samiec i samica), które zastałam na miejscu, w jednej sekundzie znajdowały się na najwyżej sięgającej gałęzi i uważnie obserwowały sąsiadującego z nimi taraja, a w drugiej truchtały już po piaszczystym dnie woliery.

^Kociak

Gdy tylko dowiedziałam się o miocie kotów rdzawych urodzonych w Ostrawie, pogratulowałam sobie uwzględnienia tego miejsca na trasie czeskiej podróży. Kocięta nie tylko zwiększają szanse ujrzenia gatunku, ale również znacznie podnoszą przyjemność płynącą z obserwacji i fotografowania.
Dwójka młodych. Kiedy po raz pierwszy wyłoniły się z ciemności wybiegu wewnętrznego, wstrzymałam oddech. Jeśli dorosłe osobniki były miniaturkami zwykłych kotów, to te przedstawiały format kieszonkowy. Nieśmiałe, ale jednocześnie ciekawskie i zawadiackie. Ich nie do końca skoordynowane ruchy i wygląd niewinnych kociaków mogły sprawiać wrażenie pewnej nieporadności... Ale nic z tych rzeczy! Przez te małe, puchate, wielkookie stworzonka przemawiał najprawdziwszy duch łowcy, gdy dzielnie łaziły po skałach, niknęły w dżungli trawy, czy eksperymentowały ze swoimi wspinaczkowymi zdolnościami na kłodach. Czasem kociaki próbowały zachęcać do wspólnej zabawy rodziców, lecz ci, jak to na klasyczne koty przystało, okazywali co najwyżej zniecierpliwienie. Młode jakoś nie cierpiały z tego powodu, mając przede wszystkim siebie nawzajem, ale także mnóstwo roślin do zmasakrowania i wiele szlaków do przetarcia.


Kiedy już zrobiło się późno, wolierę miałam w zasadzie tylko dla siebie. Wtedy też aktywność kociąt jeszcze bardziej wzrosła. Momentalnie przyzwyczaiły się do mojego towarzystwa i swobodnie podchodziły na odległość, kiedy mój obiektyw nie łapał już ostrości. Obserwacje walk i kociej wersji chowanego w wykonaniu tego rozbrykanego duetu małych łowców trudno oddać w słowach. Podobnie jak moment, gdy wielki-mały kocur przystanął, jak gdyby nigdy nic, tak blisko, że dzieliła nas tylko szyba.

Kot rdzawy należy do rodzaju Prionailurus, co oznacza, że jego najbliższymi krewnymi są taraj (kot rybołów), kot lamparci oraz kot kusy. I chyba tylko ten ostatni jest tak samo słabo, albo nawet jeszcze gorzej, poznany. Wszystkie te gatunki łączy wspólna ojczyzna, czyli Azja. Jednak kot rdzawy swój zasięg ogranicza jedynie do Półwyspu Indyjskiego i Sri Lanki. Ktoś bardziej wtajemniczony w zoologię może się już domyśleć, że obie populacje różnią się, więc gatunek tradycyjnie dzielony jest na dwa podgatunki. W europejskich ogrodach zoologicznych, kota rdzawego reprezentują osobniki z Cejlonu (Prionailurus rubiginosus phillipsi).


A na koniec kwestia „imienna”. Jakoś tak wyszło, że największą uwagę ludzi przykuwa ubarwienie futerka, które całkiem słusznie kojarzyć się może ze rdzą. Co prawda, nazwa łacińska nawiązuje także do rozmiarów, nazywając kota rdzawego „czerwonym karłem”*, lecz inne języki pozostawiły jedynie „pierwiastek koloru”.
W języku polskim kot rdzawy znany jest jeszcze jako kot rudy.

________________
*odkąd tylko pamiętam, źródła podają kompletnie sprzeczne informacje, co do tego, który gatunek jest najmniejszym przedstawicielem rodziny kotowatych; w 50% przypadków tytuł ten przypada afrykańskiemu kotu czarnołapemu (Felis nigripes), a w drugiej połowie – kotu rdzawemu właśnie;
*podrodzina Felinae – po polsku po prostu "zbiór" wszystkich małych kotów, z punktu widzenia systematyki; z podrodziną Pantherinae (wielkie koty) tworzą rodzinę kotów – Felidae.
*jeśli ktoś jest bardziej ciekawy, to proszę bardzo – rozkładamy na żywo zgodnie ze Słownikiem łacińsko-polskim. Rubidus oznacza czerwony, natomiast w nazwie może kryć się nawiązanie jeszcze do innego słowa: ginnus, które z kolei znaczy po prostu karzeł. Jakby nie patrzeć, wszystko się zgadza. 

***
Fotografie wykonane w ZOO Ostrava, w 2015 roku.
Jeśli ktoś ma jakieś pytanie odnośnie zdjęć lub kotów rdzawych, zapraszam do dyskusji :)

poniedziałek, 29 lutego 2016

15. Czeski sen zaklęty w piórach


Wyprawa na Czechy. Marzyłam o niej od dawna... po cichu... wieczorami przeglądając niezliczone galerie zdjęć i wytyczając hipotetyczne trasy, a nocami śniąc o zoologicznych, szalonych i pełnych adrenaliny przygodach poza granicami Polski. Wciąż jednak musiałam czekać. Wiele lat minęło, lecz sny miały w końcu się ziścić. Wraz z końcem września, roku 2015, kiedy między ciepłe promienie słońca coraz częściej wkradał się przenikliwy, zimny wiatr, a liście były w trakcie swojej corocznej przemiany, miałam opuścić ojczysty kraj i obrać kierunek na południowy zachód.

Przekraczając granicę polsko-czeską, w głowie miałam jednak przede wszystkim najróżniejsze drapieżniki, z naciskiem na kotowate. Czeskie zoo to po prostu raj dla felinoszaleńców – koty rdzawe, oncille, margaje, pantery mgliste... wszystko, czego dusza zapragnie! Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że zostanę oczarowana przez pióra – długie i czarne jak smoła; niewielkie o fantastycznych wzorach; delikatne, mieniące się wszystkimi kolorami, jakie tylko może zobaczyć ludzkie oko. 

Czeskie ogrody zoologiczne kryją w sobie wiele tajemnic wziętych prosto z jednej z najpiękniejszych ksiąg Matki Natury, znaną pod tytułem Aves. Wystarczy otworzyć oczy i ruszyć czarującymi alejkami.

^Kariama czerwononoga; Praga, naturalne światło

Na dobry początek niech będzie historia z Pragi. Niesłychanie ciepły i słoneczny dzień, pachnący latem, dobiegał końca, a wraz z nim kończył się także czeski sen. Przechodziłam sobie kolejnymi alejkami, drżąca jeszcze z wrażenia obserwacji oncilli* i patrzyłam jak złote promienie walczyły z nadchodzącym cieniem i mrokiem. Byłam w euforii i nie potrzebowałam już nic więcej do szczęścia. 

A jednak, właśnie w takich chwilach, kiedy rozumem rządzi przekonanie "nic więcej już się nie zdarzy"  zdarza się najwięcej. Zmierzając do wyjścia, mijałam różne ptasie woliery. Jedna z nich była niezwykle ciekawie oświetlona. Należała do kariam, południowoamerykańskich ptaków o długich nogach i charakterystycznych "wąsach" nad dziobem. I akurat taka kariama postanowiła stanąć sobie w blasku zachodzącego słońca, tak, by jej oko mogło lśnić w tych ostatnich promieniach lata... To tylko brzmi tak patetycznie, bo w wizjerze wyglądało po prostu bosko. Jedno spojrzenie, jeden błysk, jedno ujęcie.

^Orłosęp; Ostrava

Ostrawa, 28. września. Początek czeskiego snu. 
Spieszyłam się. Wciąż nie odnalazłam małych kotów, z naciskiem na koty rdzawe. Doszły mnie słuchy, że miały potomstwo, a to oznaczało, że szanse fotograficzne wzrosły o dwieście procent. Już nie pamiętam, jak wypatrzyłam alejkę wśród bujnych krzewów, ale skierowałam się nią. Początkowo nie była wcale obiecująca – miałam ograniczony czas, a zamiast wesołej rodzinki Prionailurus rubiginous dostałam rząd wolier. Dopiero gdy podeszłam bliżej, zwolniłam kroku, za to moje serce przyspieszyło. 

Najpierw ujrzałam ścierwniki, gatunek nie dla każdego może ładny, lecz na pewno oryginalny. Ponadto inteligentny; ptaki te nauczyły się rozbijać skorupki jaj kamieniami (do czego też, jako ciekawostkę, załączam film). W kolejnej wolierze uważnie przyglądał mi się kruk wielkodzioby; miałam wrażenie, że oboje czerpiemy jakąś satysfakcję z fotografowania - ja, bo miałam ciekawy temat, natomiast on, gdyż te całe śledzące każdy, choćby najmniejszy ruch, obiektywy z ich ogromnymi soczewkami również nie są jeszcze czymś powszechnym. Za krukami, nieco dalej, mieszkały zaś kondory królewskie oraz orłosępy. Dopiero kiedy podeszłam bliżej, doznałam "ataku fotografa", zdarzającego się tylko przy nagłych i niespodziewanych okazjach do zdjęć. Potężny orłosęp był wprost na wyciągnięcie ręki, bił od niego majestat, a do tego oświetlało go miękkie światło, miło współgrające z jego piórami. Podobnie jak wcześniej kruk, wielki jegomość o niezwykłej aparycji przyglądał mi się uważnie. Potem odleciał na nieco dalszy konar. 


Ostrawa to nie jedyne miejsce, gdzie można zobaczyć z bliska orłosępy. Prawdziwą bajką jest Praga z jej niezwykle przestrzennymi i pięknie zaaranżowanymi wolierami, gdzie "brodate sępy" można ujrzeć w pełnej krasie, siedzące na ciemnym, skalnym zboczu.

A wracając do Ostrawy, okazało się, że ptasia ścieżka prowadzi również do kotów rdzawych. W Ostrawie "wygrałam zdjęcia".

^Sekretarz; Olomouc
(Zdjęcie było rozgrzebywane mocno w kolorach, bo balans bieli w oryginale wył.)

Sawannowy, długonogi drapieżca o urokliwym, czarnopiórym czubku, z ukochanej Afryki, któremu mogę wybaczyć nawet polowanie na węże – ot, cały sekretarz. Wisiał na mojej niespisanej "Liście zoologicznych marzeń" od dawien dawna, więc bardzo ucieszyłam się, mogąc spotkać się z nim "twarzą w twarz" (chociażby właśnie w Ołomuńcu).

Bohater zdjęcia miał zamiast jednej nogi, protezę, lecz nie ujmowało to w niczym jego urokowi. Błysk w oku Łowcy Węży i tak budził respekt.

^Dzioborożec kafryjski; Olomouc

Ołomuniec nie skrywał spektakularnych niespodzianek, jak Ostrawa, ani nie był bajką niczym Praga. Jednak stanowił dowód na to, że wszędzie można wypatrzeć coś ciekawego. Ołomuniec miał właśnie kilka takich wielkich, ptasich wolier. W jednej z nich żyły dzioborożce kafryjskie. To są dopiero niezwykłe stworzenia! Łatwo wyobrazić sobie bawiące się młode wilki... Ale czy wyobrażacie sobie bawiące się ze sobą ptaki? No to patrząc na kafryki, już możecie (zabawa jest zachowaniem niezwykle rzadkim wśród ptaków*). Te największe na świecie dzioborożce prowadzą w ogóle dość złożone życie społeczne; sam fakt, że młode towarzyszą rodzicom jeszcze przez kilka lat jest godny odnotowania.


A na koniec coś dzikiego, bo oprócz wielu egzotycznych gatunków, ogrody stanowiły dom lub przynajmniej część terytorium dla wielu wolno żyjących ptaków. 

Zastanawiałam się właśnie, jak podejść lamparta jawajskiego, by jakoś ładnie skomponować kadr (no... i czekałam, aż koty skończą popołudniową drzemkę), gdy usłyszałam wysoki, wręcz nieco przenikliwy ptasi krzyk. Pierwsza, luźna myśl: drapieżnik. Niebo było czyste. Dwie sylwetki, charakterystyczne dla sokołów, odcinały się od bijącego w oczy błękitu. Pustułki. Wciąż, w regularnych odstępach, niósł się ich piękny głos, który na żywo usłyszałam chyba po raz pierwszy. Zatoczyły jedno-dwa koła i poleciały dalej, znikając za wysokimi wolierami kotów.


_______________
*oncilla - najmniejszy kot Ameryki Południowej, blisko spokrewniony na przykład z ocelotem; szalenie rzadki w ogrodach zoologicznych; według Zootierliste Praga jest jednym z trzech zoo w Europie prezentujących ten gatunek;
*Do tej pory spotkałam się w filmie i literaturze z taką tezą. Jako przykłady ptaków, które potrafią się bawić miałam okazję poznać papugi kea i właśnie dzioborożce kafryjskie.
***
Wprowadziłam nowy układ - czy posty są bardziej przejrzyste, czy lepiej wrócić do "klasycznych" odstępów między wierszami? Wasza opinia będzie bardzo pomocna! :)

To całkiem intrygujące. Nagle doznałam jakiegoś odblokowania. Ten post leżał wśród szkiców od miesięcy, a ja w końcu o nim zapomniałam... Teraz skończyłam go w jeden wieczór.
Szukałam błędów, ale mogło mi coś umknąć.

piątek, 20 listopada 2015

13. Jesienne tygrysy


Z czym może kojarzyć się hasło "tygrys sumatrzański"? Z wilgotnym tropikalnym lasem zasnutym co rano gęstą mgłą? A może z sumatrzańskimi bagnami i śródleśnymi rzekami, gdzie nieuchwytni pręgowani łowcy często polują po zapadnięciu zmroku?... Jednakże dzisiaj zamierzam pokazać Wam te drapieżniki w nieco nietypowej scenerii, choć jak dla mnie nie mniej pięknej, co indonezyjska, gęsta dżungla  polskiej, złotej jesieni.

Tak więc przedstawiam głównych bohaterów dzisiejszego spotkania, rodzinę tygrysów  ośmioletnią, dostojną Ratu oraz trójkę jej młodych  potężnych i zwinnych Dandysa i Denara, a także pełną uroku Dianę.

^Ratu

Pamiętam, że w zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa ujrzałam pewne zdjęcie, które wywarło na mnie ogromny wpływ. Była to fotografia przedstawiająca jaguara na tle jesiennych liści, a harmonia pomiędzy złotym tłem i równie złocistym futrem kota była po prostu ujmująca. Od tamtego dnia narodziło się małe marzenie sfotografowania jakiegoś pięknego, egzotycznego drapieżcy podczas pełni jesieni. Wybierając się do zoo w moje urodziny trzy lata temu, planowałam je spełnić, co wcale nie było takie proste. Dobrą chwilę kombinowałam z perspektywą, a moje dość nerwowe chodzenie w tę i z powrotem ściągało ciekawskie spojrzenia zwiedzających. Po pewnym czasie odkryłam, że w jednym miejscu, usadawiając się w pewnej, oczywiście dość niekomfortowej (a jakże, klątwa fotografa musi działać!), pozycji mogę osiągnąć... najprawdziwszy kadr idealny. Pozostało tylko dręczące pytanie – czy tygrysy tu podejdą? Heroicznie postanowiłam sobie, inspirując się zresztą słowami pewnego fotografa, że cokolwiek się nie wydarzy, mogę spędzić cały dzień w tym miejscu, czekając tylko na ten moment.

Ale nie wiem, czy to Cthulhu czuwał nade mną tamtego popołudnia, lecz ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nie musiałam długo czekać. A przy okazji, oprócz statecznych portretów, trafiło się nieco scen obyczajowych


^Jeden z braci

Nie mam pojęcia, ile godzin spędziłam tamtego dnia przy tygrysich skałach. Na myśl nasuwa mi się tylko słowo długo. Sama obserwacja relacji łączących matkę z jej dorastającymi młodymi jest, że tak to ujmę, czasochłonna, ale jednocześnie niezwykle interesująca, pełna widoków szczerzenia kłów, czy dźwięków pomrukiwań i donośnych nawoływań. 
Ratu była raczej zwolenniczką chłodnego wychowywania, a z całej trójki zwykle największe fory dawała jedynej córce. Sama Diana żyjąc wraz z dwójką braci, którzy szybko wyprzedzili ją w rozwoju fizycznym, musiała wykazywać się nie lada sprytem, aby nie zostać stłamszoną i zdominowaną podczas wspólnych zabaw. Niebieskooka Diana była jak cicha woda  wystarczyła jedna chwila, by w spokojną i opanowaną tygrysicę wstąpił szalony, zadziorny duch, nie dający pokonać się sile mięśni młodych samców...

^Dandys

Denara, Dandysa oraz Diany nie ma już w Warszawie od ładnych paru lat. Koty rozjechały się po całej Europie, z czego najkrótszą podróż odbył Dandys, gdyż trafił do czeskiego Brna (uchylając rąbka tajemnicy, tematy Brna oraz Dandysa powrócą niedługo w jakiejś opowieści). Ratu pozostała sama i prawdopodobnie w najbliższym czasie się to nie zmieni. Jeśli macie ochotę poobserwować zachowania społeczne tygrysów i to konkretnie sumatrzańskich, na dzień dzisiejszy odsyłam do Wrocławia i tamtejszej tygrysiej pary.
Tymczasem gwarantuję, że z "warszawskim-sumatrzańskim" trio nie stykacie się po raz ostatni...

^Brat i siostra

***
Zdjęcia wykonane w Warszawskim Ogrodzie Zoologicznym.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

5. Kocie oczy

^Młoda tygrysica sumatrzańska Diana. Była bardzo charakternym stworzeniem; łączyła tygrysią elegancję i delikatność młodej kociej damy z miłością do dzikich walk z większymi od niej i masywniejszymi braćmi. Na tle innych warszawskich tygrysów wyróżniały ją właśnie oczy... Przy odpowiednim świetle przybierały barwę szaro-niebieską, wręcz morską. 

^W świecie lwów nadzwyczaj liczy się siła mięśni – czy to przy polowaniach na grubego zwierza (nawet na bawoły i słonie!), czy podczas spotkań z innymi osobnikami, a nawet przy wspólnych, rodzinnych posiłkach. Przy tym są drapieżnikami niezwykle wytrzymałymi, radzącymi sobie nawet z poważnymi obrażeniami, oznaczającymi śmierć np. dla łowców takich, jak gepard. Z ich oczu (nawet u kotów z ogrodów zoologicznych) zawsze bije swoista duma i potęga.

^Irbis Krakus obserwujący z wielkim zainteresowaniem ruch w Baśniowym ZOO (w tym jego ukochany a'la pociąg zoologiczny). Kiedy przychodzi jego czas na obserwacje, zawsze siada na tej samej, drewnianej, okrągłej półce i zastyga w bezruchu. W sztuce kamuflażu jest tak dobry, że zwiedzający, którzy przechodzą koło jego nosa (bo drewniana platforma znajduje się tuż przy siatce), czasem nie dostrzegają go i... uznają wybieg za pusty.

***
Wszystkie fotografie wykonałam w warszawskim ogrodzie zoologicznym.
Niestety, przez najbliższy czas będę w blogosferze nieuchwytna jak lampart nocą.