Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fotografia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 marca 2018

23. Brneńskie manule


Lord Huron - Fool for love
Manul to jeden z najbardziej ekstrawaganckich przedstawicieli rodziny kotów. Małe uszy osadzone na okrągłym pyszczku i do tego schowane w puchatym, imponująco gęstym futerku. Kocie ruchy nabierają tutaj zupełnie nowego znaczenia; najbardziej dosadnie opisałabym manula jako futerkowego serdelka, mającego władzę nad czasem, którą wykorzystuje niebezpiecznie często. Wyobraźcie sobie naprzemienne a to zastyganie w kompletnym bezruchu, a to zamiatanie łapkami z prędkością ponaddźwiękową. Manul to niekwestionowany mistrz w nagłym zmienianiu biegów. Przydaje mu się to w jego ekstremalnym, górskim środowisku. Raz musisz wyglądać jak skała, by nic Cię nie zeżarło, by zaraz potem wyprowadzić nagły i szybki atak, by zeżreć zwierzątko obok.


Manul nie jest specjalnie pospolity w ogrodach zoologicznych Europy. Według Zootierliste można zobaczyć go raptem w około 38 zoo! (dla porównania: jaguar w 111)
Ja swojego pierwszego spotkałam w rodzinnej Warszawie. Przed laty zoo odnosiło sukcesy w hodowli manuli. Pamiętam jak na dawnym wernisażu wystawy fotograficznej (albo 2006 albo 2007 rok) chwaliło się odchowaniem piątki kociaków.
No ale kociaki kociakami, od tamtego czasu musiało minąć 10 lat, żebym mogła wstać rano, spojrzeć w lustro i z uśmiechem powiedzieć: mam wreszcie fotografie manula, które nie są impresją! Moje marzenie spełniła kotka z Brna.


Będąc w Brnie nastawiałam się głównie na focenie rysi kanadyjskich i kotów arabskich. Oczywiście, jak można się domyślić, za dużo z tego nie wyszło. Ale właśnie to jest najpiękniejsze - kiedy podchodzisz do jakiejś randomowej ekspozycji i nagle olśniewa Cię myśl "kurde, to będą jedne z TYCH zdjęć w życiu!".
Woliera manuli położona była w zacisznym, zacienionym miejscu (czytaj: godzinę-dwie później powróciłyby manulowe impresje w fotografii). Piękna, puchata kicia siedziała sobie nisko na drzewie i robiła to, co większość kotów lubi robić najbardziej - obserwowała wszystko ze swojej kryjówki na wysokości. Wizualnie od razu uderzył mnie paradoks rozczochranej, ale ułożonej sierści i oczu zielonych jak liście wokół nich.
Oczywiście, jak na wspomnianego typowego kota przystało, wkrótce kici znudziło się siedzenie na drzewie i chwilę później wylądowała na ziemi. Wiecie co jest jeszcze urocze w manulach? Ich gruby, prążkowany ogon oraz kontrastowe (!) miedziane podeszwy łapek, świecące rudością podczas truchtania.
Pani Manula zrobiła piękną prezentację typowych manulowych cech, a potem ustawiła się już do artystycznych portretów. No serio, nie koloryzuję! I pomyśleć, że wiele ogrodów nie chce trzymać małych kotów, bo są nieatrakcyjne. W istocie, to był pierwszy manul, który okazał się nie być totalnym introwertykiem, ale i tak uważam, że przy odpowiedniej aranżacji wybiegu szłoby stworzyć cuda. Jednak to już dygresja. Spotkanie z manulem w Brnie skończyło się niestety atakiem paniki i nerwicy natręctw, bo od strzelania foć jak z karabinu maszynowego poszła migawka. Ale było warto.

Jak Wam się podoba manul? A może mieliście szczęście zobaczyć go na żywo?;)


***
Lord Huron i jego Fool for love jakoś mi bardzo pasują linią melodyczną. No i miłość do niedostępnych małych kotów... Pasuje idealnie.
Przed moim czeskim tripem zapraszam na więcej postów o Brnie, Pradze i Dvur Kralove!:) Teraz chyba zdecyduję się na skupieniu przede wszystkim na pierwszym.
Aha i trwa remont menu, więc różne rzeczy mogą dziwnie wyglądać, prowadzić do innego wymiaru lub nie prowadzić nigdzie. Wkrótce totalne odświeżenie:)!

niedziela, 21 stycznia 2018

20. W świat



Odsłoniła zasłonę z okna, ale w pokoju i tak nie zrobiło się jakoś szczególnie jaśniej. Dźwięk ten rozdarł ciszę panującą w mieszkaniu. Jednak już po chwili znów opanowała wnętrza. Jakby cały świat zapadnięty był w mocnym śnie.
Ale Alicja wiedziała, że wcale tak nie było.
Gdyby miała supermoce, albo chociaż była kotem, wyczułaby jak wraz z jej sercem biją inne dwa. Szmer wdychanego i wydychanego powietrza. Wszystkowidzące oczy.

Dochodziła ósma rano i jedno z marzeń Alicji za chwilę mogło zostać spełnione. Do dziewczyny dotarło to, kiedy wyjrzała przez okno i zobaczyła pnące się do nieba, krwistoczerwone róże skute warstwą szronu.
Alicja nie była tylko swoimi lękami. Była także poszukiwaczem przygód. A czasem tak dziwnie się składa, że obie te rzeczy zawiązują ze sobą niepisaną umowę. Lęk zajmuje się znalezieniem energii, a poszukiwacz przygód celem uciecz... wyjścia.


I tak Alicja wyruszyła w drogę.
Z każdym wdechem coraz bardziej stawała się jesienna. Coraz bardziej wypełniał ją chłodny zapach liści. Z dymiącą parą, uciekającą z ust, opuszczało zaś ciepło korytarzy i wizje wszechwidzących oczu.


Słońce dopiero wstawało, ale kiedy Alicja dotarła wreszcie na nadodrzańskie wały, raziło ją w oczy. Stała tam i patrzyła przed siebie; była tylko ona - ona i setki tysięcy roślin osrebrzonych pierwszym zimowym tchnieniem. Choć był to już grudzień.
Wędrowała długo. Żwir chrzęścił jej pod stopami. Droga zdawała się nie kończyć.
W takich chwilach Alicja była jednocześnie najbliżej jak i najdalej świata. Najbliżej, ponieważ najmocniej go czuła - zmysłem dotyku - zimny wiatr, słuchu - kłótnię bogatek czy wzroku, kiedy patrzyła na aleję dębów i zastanawiała się, co widziały i jakie tajemnice w sobie kryją. Najdalej, bo taka była cena, jaką wyznaczył Alicji lęk.

Kiedy wróciła, róże lśniły w słońcu.


***
Zaktualizowałam (dobra, przerobiłam od nowa) galerie - Zwierzęta domowe, ZOO oraz Ptaki. Zapraszam! : )

sobota, 6 sierpnia 2016

17. Nowe pokolenie


Tequila w blasku zachodzącego słońca

Na wsi kocie historie piszą się z zawrotną szybkością. Choć pod względem systematyki wiejskie koty są tym samym gatunkiem, co miejskie kanapowce, ich życie w ogóle nie przypomina piętnastu lat spokojnej utopii, ewentualnie wielkomiejskiego gwaru, a wręcz przeciwnie  z dala od zgiełku i plątaniny dróg mają ciszę, ale za to ich dwu-, góra, pięcio-letni żywot wypełniony jest wielką aktywnością. Polowania, walki, kocięta oraz nieustające patrolowanie terytoriów... Wbrew pozorom, nie ma tu miejsca na rutynę; panowanie właścicieli poszczególnych terenów trwa nadzwyczaj krótko, czasem nawet raptem kilka miesięcy lub tygodni.

Kiedy słońce rozpoczyna swoje panowanie nad pewną wsią, położoną na malowniczej Wyżynie Lubelskiej, ciężkie, drewniane drzwi otwierają się. Po wilgotnej od rosy trawie przebiegają trzy pary drobnych, kocich łapek.
Szybka i zwinna Tequila, inteligentna i sprytna Hermiona oraz urodzony samotnik, wyśmienity w walce Rudy  nowe pokolenie. Ile potrwa ich panowanie na tym podwórku?

Tequila

Szybka i zwinna, o urokliwym, srebrzystym futerku i wielkich, czarno obrysowanych oczach  to cała Tequila. Z zadziwiającą lekkością chwytała piórko zawieszone na końcu sznurka, ale uścisk jej szczęk był pewny i mocny. Jej kocie serduszko było ogromne i ciągnęło ją do ciepłych, ludzkich kolan. Chętnie spędzała popołudnia w hamaku wraz z człowiekiem, a zadowolenie okazywała głośnym mruczeniem. W każdej chwili mogła przeistoczyć się jednak w miniaturkę szybkonogiego geparda, za to o lamparciej inteligencji.

Hermiona

Siostrą Tequili była Hermiona i podobnie jak jej książkowa imienniczka, kotka była niezależna, pojętna i niezwykle bystra. Lubiła polować z zasadzki, a odwaga pozwalała pokonywać jej wszelkie przeszkody. Zawsze jednak cechował ją zdrowy rozsądek i spryt; być może właśnie dlatego jako pierwsza z trójki przeszła chrzest drapieżnika i na własną rękę upolowała zdobycz. Podczas miękkiego chodu, jak i szalonej wspinaczki po drzewie  zawsze biła od niej niezależność dzikiego ducha.


Rudy

Rodzynek  tak określano jedynego kocura w szalonym trio. Rudy był przeciwieństwem obu sióstr i pewnie dlatego od początku w życiu kroczył zupełnie odmienną drogą. Ciągnęło go do samotnych przygód, łowów i walk. Tropił dzikie ptaki, lecz przez brak wyczucia (tak bliski Hermionie), musiał zadowolić się polowaniem na owady (w czym zresztą stał się bezsprzecznym mistrzem). Kiedy jego siostry przypuszczały gwałtowny, agresywny atak, on czekał – wiedział dobrze, że jego moment nadejdzie i wtedy okaże się zdecydowanie skuteczniejszy. Nie chwytał zabawek lekko i subtelnie, jak Tequila, ale wkładał całą swoją siłę, by przygnieść ofiarę do ziemi.
Koci ekscentryk, który odnalazł własny sposób na życie.

***
Zdradzę, że w opracowaniu jest horror oraz jeden post-artykuł. Nie miałam czasu jednak ich wykończyć, z uwagi, że niemal wciąż zawieszona jestem między różnymi wyjazdami.
Kiedyś postanawiałam sobie, że jeśli nie będę mieć czasu na pisanie, to przynajmniej będę dodawać zdjęcia  z dniem dzisiejszym realizuję to.
I może nie wyłączam strony z hibernacji, ale zapowiadam powrót do pełnych funkcji życiowych, co oznacza także moje wyjście z bezpiecznej nory w świat i kontakt.
Za 2 tygodnie, kiedy odzyskam internety, dowiecie się nieco więcej o trójce kociaków z tego postu, do zobaczenia! ;) [edit: a więc dodane!]

poniedziałek, 29 lutego 2016

15. Czeski sen zaklęty w piórach


Wyprawa na Czechy. Marzyłam o niej od dawna... po cichu... wieczorami przeglądając niezliczone galerie zdjęć i wytyczając hipotetyczne trasy, a nocami śniąc o zoologicznych, szalonych i pełnych adrenaliny przygodach poza granicami Polski. Wciąż jednak musiałam czekać. Wiele lat minęło, lecz sny miały w końcu się ziścić. Wraz z końcem września, roku 2015, kiedy między ciepłe promienie słońca coraz częściej wkradał się przenikliwy, zimny wiatr, a liście były w trakcie swojej corocznej przemiany, miałam opuścić ojczysty kraj i obrać kierunek na południowy zachód.

Przekraczając granicę polsko-czeską, w głowie miałam jednak przede wszystkim najróżniejsze drapieżniki, z naciskiem na kotowate. Czeskie zoo to po prostu raj dla felinoszaleńców – koty rdzawe, oncille, margaje, pantery mgliste... wszystko, czego dusza zapragnie! Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że zostanę oczarowana przez pióra – długie i czarne jak smoła; niewielkie o fantastycznych wzorach; delikatne, mieniące się wszystkimi kolorami, jakie tylko może zobaczyć ludzkie oko. 

Czeskie ogrody zoologiczne kryją w sobie wiele tajemnic wziętych prosto z jednej z najpiękniejszych ksiąg Matki Natury, znaną pod tytułem Aves. Wystarczy otworzyć oczy i ruszyć czarującymi alejkami.

^Kariama czerwononoga; Praga, naturalne światło

Na dobry początek niech będzie historia z Pragi. Niesłychanie ciepły i słoneczny dzień, pachnący latem, dobiegał końca, a wraz z nim kończył się także czeski sen. Przechodziłam sobie kolejnymi alejkami, drżąca jeszcze z wrażenia obserwacji oncilli* i patrzyłam jak złote promienie walczyły z nadchodzącym cieniem i mrokiem. Byłam w euforii i nie potrzebowałam już nic więcej do szczęścia. 

A jednak, właśnie w takich chwilach, kiedy rozumem rządzi przekonanie "nic więcej już się nie zdarzy"  zdarza się najwięcej. Zmierzając do wyjścia, mijałam różne ptasie woliery. Jedna z nich była niezwykle ciekawie oświetlona. Należała do kariam, południowoamerykańskich ptaków o długich nogach i charakterystycznych "wąsach" nad dziobem. I akurat taka kariama postanowiła stanąć sobie w blasku zachodzącego słońca, tak, by jej oko mogło lśnić w tych ostatnich promieniach lata... To tylko brzmi tak patetycznie, bo w wizjerze wyglądało po prostu bosko. Jedno spojrzenie, jeden błysk, jedno ujęcie.

^Orłosęp; Ostrava

Ostrawa, 28. września. Początek czeskiego snu. 
Spieszyłam się. Wciąż nie odnalazłam małych kotów, z naciskiem na koty rdzawe. Doszły mnie słuchy, że miały potomstwo, a to oznaczało, że szanse fotograficzne wzrosły o dwieście procent. Już nie pamiętam, jak wypatrzyłam alejkę wśród bujnych krzewów, ale skierowałam się nią. Początkowo nie była wcale obiecująca – miałam ograniczony czas, a zamiast wesołej rodzinki Prionailurus rubiginous dostałam rząd wolier. Dopiero gdy podeszłam bliżej, zwolniłam kroku, za to moje serce przyspieszyło. 

Najpierw ujrzałam ścierwniki, gatunek nie dla każdego może ładny, lecz na pewno oryginalny. Ponadto inteligentny; ptaki te nauczyły się rozbijać skorupki jaj kamieniami (do czego też, jako ciekawostkę, załączam film). W kolejnej wolierze uważnie przyglądał mi się kruk wielkodzioby; miałam wrażenie, że oboje czerpiemy jakąś satysfakcję z fotografowania - ja, bo miałam ciekawy temat, natomiast on, gdyż te całe śledzące każdy, choćby najmniejszy ruch, obiektywy z ich ogromnymi soczewkami również nie są jeszcze czymś powszechnym. Za krukami, nieco dalej, mieszkały zaś kondory królewskie oraz orłosępy. Dopiero kiedy podeszłam bliżej, doznałam "ataku fotografa", zdarzającego się tylko przy nagłych i niespodziewanych okazjach do zdjęć. Potężny orłosęp był wprost na wyciągnięcie ręki, bił od niego majestat, a do tego oświetlało go miękkie światło, miło współgrające z jego piórami. Podobnie jak wcześniej kruk, wielki jegomość o niezwykłej aparycji przyglądał mi się uważnie. Potem odleciał na nieco dalszy konar. 


Ostrawa to nie jedyne miejsce, gdzie można zobaczyć z bliska orłosępy. Prawdziwą bajką jest Praga z jej niezwykle przestrzennymi i pięknie zaaranżowanymi wolierami, gdzie "brodate sępy" można ujrzeć w pełnej krasie, siedzące na ciemnym, skalnym zboczu.

A wracając do Ostrawy, okazało się, że ptasia ścieżka prowadzi również do kotów rdzawych. W Ostrawie "wygrałam zdjęcia".

^Sekretarz; Olomouc
(Zdjęcie było rozgrzebywane mocno w kolorach, bo balans bieli w oryginale wył.)

Sawannowy, długonogi drapieżca o urokliwym, czarnopiórym czubku, z ukochanej Afryki, któremu mogę wybaczyć nawet polowanie na węże – ot, cały sekretarz. Wisiał na mojej niespisanej "Liście zoologicznych marzeń" od dawien dawna, więc bardzo ucieszyłam się, mogąc spotkać się z nim "twarzą w twarz" (chociażby właśnie w Ołomuńcu).

Bohater zdjęcia miał zamiast jednej nogi, protezę, lecz nie ujmowało to w niczym jego urokowi. Błysk w oku Łowcy Węży i tak budził respekt.

^Dzioborożec kafryjski; Olomouc

Ołomuniec nie skrywał spektakularnych niespodzianek, jak Ostrawa, ani nie był bajką niczym Praga. Jednak stanowił dowód na to, że wszędzie można wypatrzeć coś ciekawego. Ołomuniec miał właśnie kilka takich wielkich, ptasich wolier. W jednej z nich żyły dzioborożce kafryjskie. To są dopiero niezwykłe stworzenia! Łatwo wyobrazić sobie bawiące się młode wilki... Ale czy wyobrażacie sobie bawiące się ze sobą ptaki? No to patrząc na kafryki, już możecie (zabawa jest zachowaniem niezwykle rzadkim wśród ptaków*). Te największe na świecie dzioborożce prowadzą w ogóle dość złożone życie społeczne; sam fakt, że młode towarzyszą rodzicom jeszcze przez kilka lat jest godny odnotowania.


A na koniec coś dzikiego, bo oprócz wielu egzotycznych gatunków, ogrody stanowiły dom lub przynajmniej część terytorium dla wielu wolno żyjących ptaków. 

Zastanawiałam się właśnie, jak podejść lamparta jawajskiego, by jakoś ładnie skomponować kadr (no... i czekałam, aż koty skończą popołudniową drzemkę), gdy usłyszałam wysoki, wręcz nieco przenikliwy ptasi krzyk. Pierwsza, luźna myśl: drapieżnik. Niebo było czyste. Dwie sylwetki, charakterystyczne dla sokołów, odcinały się od bijącego w oczy błękitu. Pustułki. Wciąż, w regularnych odstępach, niósł się ich piękny głos, który na żywo usłyszałam chyba po raz pierwszy. Zatoczyły jedno-dwa koła i poleciały dalej, znikając za wysokimi wolierami kotów.


_______________
*oncilla - najmniejszy kot Ameryki Południowej, blisko spokrewniony na przykład z ocelotem; szalenie rzadki w ogrodach zoologicznych; według Zootierliste Praga jest jednym z trzech zoo w Europie prezentujących ten gatunek;
*Do tej pory spotkałam się w filmie i literaturze z taką tezą. Jako przykłady ptaków, które potrafią się bawić miałam okazję poznać papugi kea i właśnie dzioborożce kafryjskie.
***
Wprowadziłam nowy układ - czy posty są bardziej przejrzyste, czy lepiej wrócić do "klasycznych" odstępów między wierszami? Wasza opinia będzie bardzo pomocna! :)

To całkiem intrygujące. Nagle doznałam jakiegoś odblokowania. Ten post leżał wśród szkiców od miesięcy, a ja w końcu o nim zapomniałam... Teraz skończyłam go w jeden wieczór.
Szukałam błędów, ale mogło mi coś umknąć.

piątek, 20 listopada 2015

13. Jesienne tygrysy


Z czym może kojarzyć się hasło "tygrys sumatrzański"? Z wilgotnym tropikalnym lasem zasnutym co rano gęstą mgłą? A może z sumatrzańskimi bagnami i śródleśnymi rzekami, gdzie nieuchwytni pręgowani łowcy często polują po zapadnięciu zmroku?... Jednakże dzisiaj zamierzam pokazać Wam te drapieżniki w nieco nietypowej scenerii, choć jak dla mnie nie mniej pięknej, co indonezyjska, gęsta dżungla  polskiej, złotej jesieni.

Tak więc przedstawiam głównych bohaterów dzisiejszego spotkania, rodzinę tygrysów  ośmioletnią, dostojną Ratu oraz trójkę jej młodych  potężnych i zwinnych Dandysa i Denara, a także pełną uroku Dianę.

^Ratu

Pamiętam, że w zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa ujrzałam pewne zdjęcie, które wywarło na mnie ogromny wpływ. Była to fotografia przedstawiająca jaguara na tle jesiennych liści, a harmonia pomiędzy złotym tłem i równie złocistym futrem kota była po prostu ujmująca. Od tamtego dnia narodziło się małe marzenie sfotografowania jakiegoś pięknego, egzotycznego drapieżcy podczas pełni jesieni. Wybierając się do zoo w moje urodziny trzy lata temu, planowałam je spełnić, co wcale nie było takie proste. Dobrą chwilę kombinowałam z perspektywą, a moje dość nerwowe chodzenie w tę i z powrotem ściągało ciekawskie spojrzenia zwiedzających. Po pewnym czasie odkryłam, że w jednym miejscu, usadawiając się w pewnej, oczywiście dość niekomfortowej (a jakże, klątwa fotografa musi działać!), pozycji mogę osiągnąć... najprawdziwszy kadr idealny. Pozostało tylko dręczące pytanie – czy tygrysy tu podejdą? Heroicznie postanowiłam sobie, inspirując się zresztą słowami pewnego fotografa, że cokolwiek się nie wydarzy, mogę spędzić cały dzień w tym miejscu, czekając tylko na ten moment.

Ale nie wiem, czy to Cthulhu czuwał nade mną tamtego popołudnia, lecz ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nie musiałam długo czekać. A przy okazji, oprócz statecznych portretów, trafiło się nieco scen obyczajowych


^Jeden z braci

Nie mam pojęcia, ile godzin spędziłam tamtego dnia przy tygrysich skałach. Na myśl nasuwa mi się tylko słowo długo. Sama obserwacja relacji łączących matkę z jej dorastającymi młodymi jest, że tak to ujmę, czasochłonna, ale jednocześnie niezwykle interesująca, pełna widoków szczerzenia kłów, czy dźwięków pomrukiwań i donośnych nawoływań. 
Ratu była raczej zwolenniczką chłodnego wychowywania, a z całej trójki zwykle największe fory dawała jedynej córce. Sama Diana żyjąc wraz z dwójką braci, którzy szybko wyprzedzili ją w rozwoju fizycznym, musiała wykazywać się nie lada sprytem, aby nie zostać stłamszoną i zdominowaną podczas wspólnych zabaw. Niebieskooka Diana była jak cicha woda  wystarczyła jedna chwila, by w spokojną i opanowaną tygrysicę wstąpił szalony, zadziorny duch, nie dający pokonać się sile mięśni młodych samców...

^Dandys

Denara, Dandysa oraz Diany nie ma już w Warszawie od ładnych paru lat. Koty rozjechały się po całej Europie, z czego najkrótszą podróż odbył Dandys, gdyż trafił do czeskiego Brna (uchylając rąbka tajemnicy, tematy Brna oraz Dandysa powrócą niedługo w jakiejś opowieści). Ratu pozostała sama i prawdopodobnie w najbliższym czasie się to nie zmieni. Jeśli macie ochotę poobserwować zachowania społeczne tygrysów i to konkretnie sumatrzańskich, na dzień dzisiejszy odsyłam do Wrocławia i tamtejszej tygrysiej pary.
Tymczasem gwarantuję, że z "warszawskim-sumatrzańskim" trio nie stykacie się po raz ostatni...

^Brat i siostra

***
Zdjęcia wykonane w Warszawskim Ogrodzie Zoologicznym.

piątek, 30 października 2015

12. Złota Mienia

Nieopodal Warszawy płynie pewna leśna rzeka. Zwie się Mienią. Przechodząc mostem nad jej bystrym nurtem, można pomyśleć, że nie różni się ona zbytnio od swych wodnych sióstr i braci. Szum samochodowy skutecznie tłumi cichy szept, a asfalt i beton nie pozwalają odczuć prawdziwego charakteru tętniącej życiem ziemi. Jednak gdzieś między gęstwiną krzewów, kryje się wejście na szlak. Kiedy wędrowiec wkracza na ścieżkę, opuszcza stary, znany mu świat. Czar Mieni zaczyna wtedy działać i tylko od otwartości duszy i oczu wędrowca zależy, co zobaczy nad magiczną rzeką.

Wierzycie w istnienie takich miejsc? A jednak, za każdym razem, gdy idę tą drogą, doświadczam czegoś niezwykłego. Pierwszy raz nad Mienię wybrałam się pod koniec tegorocznego lata. Nigdy nie pomyślałabym, co tam zobaczę i doświadczę. Najprościej można powiedzieć, że wchodząc na szlak, Mienia przenosi Cię do uniwersum, które mogłoby być Ci znane z różnych krain fantasy. Jasnoniebieskie, zniszczone dechy płotu ostatecznie oddzielają dwa światy - rzeki i ludzki. Teraz otaczają Cię lasy i nadrzeczne łąki, z opuszczonymi, drewnianymi domami, do których prowadzą dzikie mosty w postaci potężnych, powalonych dębów; nad stromym brzegiem rzeki widzisz stare, zniszczone schody, prowadzące... no właśnie, kto to wie?
Zauroczona pięknem tego miejsca, obiecałam sobie, że powrócę jesienią.

^Prześwit

I powróciłam. Czas złotej jesieni nadal trwał.
Początkowo jednak dałam się łatwo zmylić, ponieważ przywitała mnie szarość wyjęta prosto z przedzimia. Przeszło mnie nieprzyjemne uczucie strachu, że mogłam się spóźnić.
Szłam jednak przed siebie, mając w sercu nadzieję. Zresztą, Mienia była piękna także w tej surowej scenerii. Od naszego ostatniego spotkania zmieniła się nie do poznania. Obfite deszcze musiały przynieść jej wiele radości, jako że dawny, ledwo dosłyszalny szept zamienił się w wesoły szum zdrowej rzeki.

^Płonący, jesienny las

Wędrując w gęstwinie młodych klonów, moim oczom ukazał się leśny prześwit. Z daleka widziałam tylko pojedyncze, ozłocone gałęzie drzew; z każdym krokiem robiło się jednak coraz jaśniej. Kiedy wreszcie dotarłam do prześwitu, niewiarygodnie ostre światło rozświetlało polanę. Jaskrawożółte liście, pokrywające całą ziemię tudzież te jeszcze wiszące na gałęziach - płonęły w promieniach jesiennego słońca. To był widok, na który czekałam... Przede mną ozłocone gałęzie tworzyły niby bramę, która graniczyła z ciemniejszą częścią lasu. Po wykonaniu kilku fotografii, bez wahania kontynuowałam swą wędrówkę. Zastanawiałam się, co tym razem przygotowała dla mnie dzika, złota Mienia.

^Przemijanie

Wędrowcze! Jakie szczęście Cię spotyka, gdy wejść możesz na szlak, towarzyszący tej rzece. Nie zapominaj - jeśli tylko masz otwarte serce, Mienia odmieni Cię i wydobędzie zagubione piękno.

^Po przejściu przez złotą bramę.

***
Dzisiaj nieco odmienna muzyka, bo nie z filmu, lecz z gry ;). Ale wydaje mi się idealna, szczególnie gdy wspominam fantastyczny klimat panujący nad Mienią.
Wiem, wiem, trochę te dwa tygodnie mi się przedłużyły, ale czasami nie sposób przewidzieć pewnych rzeczy. A sporo się wydarzyło, trochę się u mnie posypało, pewne wyzwania wymagały dużo czasu i precyzji w działaniu... I niestety pisanie opowieści i w ogóle egzystencja w blogosferze musiały zejść na nieco dalszy plan. Paradoksalnie, mimo że ostatnie tygodnie były dla mnie niezłą próbą, pozwoliły mi powrócić tutaj. Cóż, życie bywa jedną, wielką sprzecznością.
Ale stęskniłam się, więc już biorę się za odnawianie kontaktów ;p. No i tworzenie oczywiście.
Zachęcam do wyrażania konstruktywnej krytyki! Pejzażystka ze mnie średnia, więc z chęcią podyskutuję i wezmę sobie do serca różne wskazówki :)!
PS. O łosiach, kotach i wyprawach wakacyjno-jesiennych już wkrótce!

środa, 29 lipca 2015

11. Leśne motyle

^Osadnik egeria (Pararge aegeria)
Spotkany na obrzeżach Puszczy Białowieskiej. Wzór osadnika egerii, choć skromny w porównaniu choćby do rusałek, ma w sobie coś niezwykłego; prawdziwy leśny motyl - pomyślałam tamtego dnia. To pewne, że znał leśne elfy i był strażnikiem niektórych tajemnic starej Puszczy. 
Wbrew pozorom, niełatwo było się do niego zbliżyć, by wykonać satysfakcjonujące ujęcie. Nie należał bowiem do zbyt ufnych. W końcu, korzystając z "kociej taktyki" (czekania i powolnego podchodzenia), udało mi się zrobić kilka zdjęć z naprawdę z bliska, nie płosząc samego motyla.

Lasy skrywają w sobie wiele tajemnic, a do najpiękniejszych z nich należą bez wątpienia motyle. Już w marcu pojawiają się pierwsi wysłannicy wiosny. Trzepot ich jasnych skrzydeł przypomina o powrocie ciepłych dni, pełnych słońca i leśnych kwiatów.
Leśne motyle spotykałam podczas wędrówek dzikimi ścieżkami przez las tudzież puszczę (piękne wspomnienie bajkowego mieniaka strużnika...) jak i podczas przechadzek po śródleśnych polanach. Mając przy sobie weterankę - Sigmę trzysetkę* z funkcją macro, często zatrzymywałam się, by podjąć próbę uwiecznienia mieniących się wśród kwiatów i traw motyli lub po prostu by popatrzeć na ich podniebne pojedynki.

^Rusałka ceik (Polygonia c-album), piękny i nietuzinkowy motyl. Spotykam je już w marcu, a tę wypatrzyłam podczas jednej z wędrówek "na żmije". 

^Nieustraszona przeplatka atalia (Melitaea athalia) stawia czoła nadciągającym ciemnościom.

^I jeszcze raz przeplatka atalia

***
*Sigma 70-300 f/4-5.6 APO DG Macro

***
Na koniec zagadka (a na zwycięzcę czeka prawdziwa, wieczna chwała). Przyznam szczerze, że ten gatunek sprawił mi mnóstwo problemów, choć nie pomyślałabym, że będę mieć problem z jego identyfikacją... Przeszukałam chyba większość stron z wypisem/galerią motyli dziennych (bo o moim podręcznym atlasie rozpoznawczym nie ma nawet mowy...) i... no i nic.
Jeśli ktoś z Was byłby w stanie go zidentyfikować, to ozłocę ;).
(Zdjęcie można powiększyć, klikając w nie)




Dzisiejsze motyle na rozruszanie atmosfery. Stare, dobre czasy z obiektywem Sigmą i jej funkcją macro... Miło powspominać :).
Opowieści o łosiach i kotach w przygotowaniu, choć koty mogą ukazać się z lekkim opóźnieniem (moje ambicje pisarskie wzięły górę). Do tego masa nowego materiału z mniejszych i większych wypraw, lecz póki co nie zdradzam nic więcej ;).

poniedziałek, 2 czerwca 2014

5. Kocie oczy

^Młoda tygrysica sumatrzańska Diana. Była bardzo charakternym stworzeniem; łączyła tygrysią elegancję i delikatność młodej kociej damy z miłością do dzikich walk z większymi od niej i masywniejszymi braćmi. Na tle innych warszawskich tygrysów wyróżniały ją właśnie oczy... Przy odpowiednim świetle przybierały barwę szaro-niebieską, wręcz morską. 

^W świecie lwów nadzwyczaj liczy się siła mięśni – czy to przy polowaniach na grubego zwierza (nawet na bawoły i słonie!), czy podczas spotkań z innymi osobnikami, a nawet przy wspólnych, rodzinnych posiłkach. Przy tym są drapieżnikami niezwykle wytrzymałymi, radzącymi sobie nawet z poważnymi obrażeniami, oznaczającymi śmierć np. dla łowców takich, jak gepard. Z ich oczu (nawet u kotów z ogrodów zoologicznych) zawsze bije swoista duma i potęga.

^Irbis Krakus obserwujący z wielkim zainteresowaniem ruch w Baśniowym ZOO (w tym jego ukochany a'la pociąg zoologiczny). Kiedy przychodzi jego czas na obserwacje, zawsze siada na tej samej, drewnianej, okrągłej półce i zastyga w bezruchu. W sztuce kamuflażu jest tak dobry, że zwiedzający, którzy przechodzą koło jego nosa (bo drewniana platforma znajduje się tuż przy siatce), czasem nie dostrzegają go i... uznają wybieg za pusty.

***
Wszystkie fotografie wykonałam w warszawskim ogrodzie zoologicznym.
Niestety, przez najbliższy czas będę w blogosferze nieuchwytna jak lampart nocą.